O autorze
Współpracował z magazynami "A4", "Architektura", "Bluszcz", "Dik Fagazine", "Exklusiv", "Glamour", "Kmag", "Pani", "Podróże", "Twój Styl", "Waw", "Wprost", jego ilustracje publikowano również w zagranicznych czasopismach "Crushfanzine", "Lube" i "The End Magazine". Jest autorem okładek albumów muzycznych: Fisza i Emade "Heavi metal" i Moniki Brodki "Granda". Plakacista wielu sztuk Teatru Dramatycznego im. Gustawa Holoubka w Warszawie. Współpracuje z Teatrem Wielkim Operą Narodową. Od 2011r. należy do agencji ILLO. Poza pracą graficzną jest instruktorem medytacji i początkującym nauczycielem w tradycji Szambali.

Paris- Limoges cz.1

Wyjeżdżając do Francji cieszyłem się na myśl o bezpośrednich relacjach z przygód i masie ciekawych zdjęć. Wyszło zupełnie inaczej niż planowałem. Wróciłem już ponad tydzień temu, a podczas pobytu albo nie chciałem albo nei mogłem patrzeć na komputer.

Z Paryża pojechałem do Limoges, takiego francuskiego Torunia.
Miasto nieduże, niemałe, sporo średniowiecznej architektury i piękny dworzec kolejowy ( podejrzewam, że trochę ładneijszy niż ten w Toruniu).



Stamtąd jeszcze pół godziny samochodem i znalazłem się w Dechen Choling- głównym europejskim ośrodku Szambali- szkoły buddyjskiej w której praktykuję od już prawie dziewięciu lat.




W trakcie programu codziennie mniej więcej o tej samej porze wstawaliśmy, jedliśmy posiłki, medytowaliśmy, braliśmy udział w wykładach i mniejszych grupach ćwiczeniowych w których trochę jak na uczelni, sprawdzaliśmy swoje rozumienie nauk.


W drodze powrotnej zatrzymałem się na parę dni w Paryżu.
Akurat skończył sie Fashion Week, więc miasto wydawało się być trochę zmęczone ogromem wydarzeń. Stylowa wrzawa opuściła ulice i pochowała się w hipsterskich zaułkach drugiej i trzeciej dzielnicy.


Zachęcony nieoczekiwanym spokojem postanowiłem udać się do Luwru.
Do tej pory omijałem go szerokim łukiem. Nie lubię tłumów i wszechobecnej klimatyzacji.
Ale tym razem przypomniał mi się obrazek z mojej pierwszej wizyty w Paryżu.

Miałem może z dziesięć lat i to była wakacyjna wycieczka zespołu tanecznego do którego należałem. Na wyjazdach wszyscy musieliśmy nosić seledynowe kreszowe dresy z dużym żółtym naszytym logo. Dla odmiany tańczyliśmy na zmiane w strojach ludowych i NEONOWYCH lejących się koszulach.





Oczywiście jednym z ostatnich punktów wyjazdu była wizyta w Luwrze, ale najpierw pojechaliśmy na zakupy: pamiątki ubrania itd... Chyba było tak fajnie, że straciliśmy rachubę czasu i kiedy dojechaliśmy do muzeum okazało się że już zamykają i że możemy sobie popatrzeć na szklaną piramidę przez okno autokaru.

Proszę sobie wyobrazić jaka to była tragedia dla dziesięcioletniego, po uszy zakochanego w greckim antyku ( miałem nawet własnoręcznie wykonaną z modeliny kolekcję mini-statuetek Wenus z Milo ;)! ) chłopca.



Pogoda aż zachęcała do wyjścia z domu, założyłem ulubione buty i pobiegłem do metra, żeby z przesiadką na stacji Opera dojechać do Palais Royal Musee du Louvre.

CDN.
Trwa ładowanie komentarzy...